Śmierć Listonosza…

W majowy poranek dotarła do mnie wiadomość – Arek Papuga zmarł! Poza Bełchatowem pewnie niewielu osobom to nazwisko coś powie. Ale u nas, szczególnie ostatnio, to ważna postać. Ważna przede wszystkim dlatego że niezwyczajnie zwyczajna. Parafrazując, pewnie wielu z nas mogłaby powiedzieć „Wszyscy jesteśmy Arkami”. Bo w jego życiu były:  praca, pasje, zakręty, ludzie, zdarzenia… codzienna żmudna egzystencja i próby łączenia rzeczy, których często w życiu połączyć nie sposób. Jedno, co może nas różniło, to jego uśmiech, z którym przeszedł swoją drogę.
Każdy z nas wykonuje jakiś zawód. On akurat był listonoszem. Pewnie przez absolutny przypadek, do tego stopnia nieistotny, że nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałem. Ale akurat to właśnie, teraz stało się to dla mnie ważne.

O śmierci napisano chyba wszystko i wszystko w zasadzie na próżno. Ostatnio pełno wokół nas „poległych”, „bohaterskich”, „zdradzonych”… Pełno pomników i zaklęć, że „ich śmierć” czegoś „nas uczy”. Zaklęć próżnych, bo jeśli śmierć i historia czegoś nas uczy, to tego, że niczego nas nie uczy. NIe spieszymy się kochać bliźnich, żyjemy jak byty nieśmiertelne, depcząc inne życie po drodze, przywiązujemy wagę do rzeczy błahych,  gubiąc istotę spraw… A w obliczu indywidualnego cierpienia na wyciągnięcie ręki, brak nam słów i zachowań.
Arka znało wiele osób w naszym mieście. Jako harcerza, na którego Bratnim Słowie można było polegać przez całe życie, jako brata, ojca, męża, przyjaciela, kolegę… I wreszcie jako człowieka walczącego ze śmiercią i cierpieniem do końca, w sposób, który dla mnie był imponujący. Wszyscy pewnie teraz zrobimy osobiste remanenty tej znajomości. I w pierwszym odruchu chciałem napisać czego mnie/nas Arek nauczył, ale szybko z tego zrezygnowałem.
Po pierwsze dlatego, że wiele o nim można powiedzieć, ale z pewnością nie był nauczycielem! Nie był, bo nim być nie chciał. Zawsze jakby w drugiej linii, zawsze na wsparciu, zawsze jako obserwator świata widzący go po swojemu. Dopuszczał nas, wspierał życzliwością, ale nigdy się nie narzucał ze swoją wizją rzeczywistości. Był jak listonosz właśnie, który przynosi nam listy spotkań raz mniej raz bardziej istotne, widokówki zdarzeń, które potem stają wspomnieniami… czasem wezwania do zapłaty, a czasem paczki osobistej pomocy. Niby to on był nadawcą, ale gdy do nas przychodził, widziało się przede wszystkim uśmiechniętą twarz listonosza. I dlatego można było czuć się dobrze przy nim, bo nie byłeś z nim albo przeciw niemu, ale zwyczajnie było się razem.
Po drugie, rzeczy, których Arek mógłby nas nauczyć, powinniśmy od dawna wiedzieć i potrafić. Ale jakoś nie umiemy, nie potrafimy… Więc po co uczyć nieuków?
Dlatego swoim zwyczajem przyniósł nam list ze swoją chorobą, z cierpieniem, determinacją w walce i nieodłącznym uśmiechem. Część z nas mu odpisała. Część pewnie położyła list na kupce innych odebranych wiadomości ze świata, nie wiedząc, co z nim począć lub obiecując sobie, że „załatwię to później”. Ci nie zdążyli.
Zostaliśmy sami z naszymi listami, które czasem piszemy, ale wysłać nie potrafimy.
I z tym poczuciem będzie nam teraz trudniej, bo odszedł Listonosz, który, umiał je dostarczać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.