Diariusz Cebuli odc. 8

„29.12.

Niby normalny dzien.

Udalo mi sie rano zaliczyc samotny (sic!) spacer do sklepiku. Nie czulam sie wprawdzie zbyt komfortowo, ale jednak byl to wyczyn w porownaniu z dotychczasowymi probami. Przede wszystkim ze strony personelu.

Mala poobiednia drzemka, lektura. W nocy albo ktos mnie ugryzl [chociaz nie pamietam], albo wyskoczyla mi opryszczka, czyli tzw. zimno. Faktem jest, ze juz podczas ogladania filmu wczoraj, bylo mi na zmiane zimno i goraco. Skladalam to na karb wczesniejszej kapieli i lekko uchylonego okna w drugim koncu swietlicy. Jednak po powrocie do pokoju wrzucilam cielsko w piernaty, okrywajac sie dodatkowym kocem. I o ile do tej pory bylo mi za goraco nawet pod jednym i to mimo baaaaaaaardzo dokladnego wieczornego wietrzenia, o tyle w nocy mialam ochote zabrac jeszcze koc sasiadce.

Coz, calkiem niedawno, przy okazji jakiejs rozmowy, J. stwierdzil zartobliwie, ze moglabym chorowac mniej skomplikowanie, np. jakas grypa, zlamana noga, czy tym popodobne. I – zupelnie szczerze – to chyba On mi ‚sprzedal’ grypsko i katar. Przyniosl z domu.

Chlopaki zwyczajowo grali: najpierw w ping-ponga [chyba tak sie to pisze], a pozniej w szachy. I znowu podczas mojego przypatrywania sie rozgrywce [sama wiem jedynie, jak poruszaja sie poszczegolne piony] – wygral M. Juz wczesniej slyszalam, ze wystarczy, ze przyjde, a juz wygrywa M., ale do tej pory stwierdzenie to traktowalam jedynie jako narzekanie pokonanego. A tymczasem jeszcze jedno takie zdarzenie wystarczy, zebym sama w to uwierzyla.

J. byl i mnie razem z synem. Oj, rosnie kolega jak na drozdzach. I zgodnie z przyslowiem ‚starozytnych Rosjan’: „Cudze dzieci szybko rosna i tylko my sie nie starzejemy”. Gdybyz to jeszcze byla prawda!

Jeszcze pzed ich wizyta powtorzyl sie stary scenariusz. Znowu sluchalam czyichs zwierzen. Tym razem byla to opowiesc C. o tragedii, ktora rozpoczela sie dzisiaj rano. Otoz w domu jednegoz najmlodszych na oddziale pacjentow, wybuchl pozar. Jego siostra z malenkim dzieckiem znalezli sie w szpitalu. Ona ma poparzone rece i duzo powazniej nogi, dziecko – ma problemy z drogami oddechowymi. Prawdopodobnie informacje o tym podala wlasnie telewizja regionalna.
Zgodnie z poczynionymi rodzinie obietnicami, ma sie odbyc szukanie sponsora do remontu mieszkania. Mam nadzieje, ze w miare szybko uda sie go znalezc.

I znowu pierwsza mysl, jaka mi sie nasunela, to czy i w jaki sposob moge pomoc. Przed chwila wykonalam kilka telefonow. Moze ludziom z ‚wolnosci’ uda sie pomoc rodzinie C. w bardziej konkretny sposob. Poki co ja moge tylko zaoferowac cierpliwe sluchanie potoku slow i przezyc, ktore targaja C.

Pomio pieknego, slonecznego dnia, jak tu sie cieszyc? Brak mi slow.

30.12.

Chyba za bardzo przezywlam ostatnie godziny wczorajszego dnia. Efekt jest taki, ze od drugiej w nocy nie moglam spac. Mysli wirowaly z zawrotna prekoscia. Nie pomagalo ani sluchanie muzyki, ani lektura I jesli mam byc szczera, to nie pamietam ani zdania z tego, co czytalam.

Czuje sie, jakbym wpadla pod samochod. Tak naprawde nie potrafie nawet myslec. Za to ogrom rzeczy coraz bardziej mnie irytuje. Slyszac szuranie kapciami, nieustanne ciamkanie babci [chyba, ze spi], odglos przesuwanego po podlodze krzesla, wrzask ‚aniola’, ktory traktuje czlowieka jak przygluche nic nie rozumiejacego stwora, czy wreszcie kapiaca w pokojowym zlewie woda powoduja, ze chce mi sie krzyczec. A wlasciwie wrzeszczec. I albo uda mi sie troche uspokoic, albo tak naprawde trzeba bedzie pomyslec o opuszczeniu tego ‚sanatorium’.

Nad ranem zaczelo sie zwykle krzatanie: juz przed piata ranne ptaszki zwolywaly sie na poranna kawe, pozniej odbywaly sie pielgrzymki do lazienek (na oddziale sa dwie, za to na szczescie – dla mnie – otwierane o szostej). Jeszcze tylko trzaskanie drzwiami pielegniarek schodzacych z dyzuru i go rozpoczynajacych, dodac do tego poranne krzyki ‚najlepszego aniola’ [czyt. sanitariusza powszechnie niezbyt lubianego przez pacjentow], by obraz byl w miare pelny.

Boli mnie glowa, z nosa kapie krew, nie moge sie nawet zdrzemnac, bo tak jak w nocy mam galopade mysli. A do tego zbyt wiele osob cos ode mnie chce: a to nici do zaszycia podartych skarpetek, a to ciastka lub cukierka, nozyczek, skafandra. Nie mam sily.

Tak, jak wczoraj przewidzialam, M. dostal czterodniowa przepustke. Podobnie Z. z mojego pokoju. Byc moze spotkam sie z M. i Jego Rodzinka w sylwestrowa noc pod kinem.

Dzwonil – zgodnie z obietnica – J. Stwierdzil, ze popsul swieta sobie i wnukom. Zuzyl juz wszystkie proszki na uspokojenie, jakie dostal, a przy tym ma bardzo wysoki poziom cukru i nie jest w stanie nad tym zapanowac. O tym, co stalo sie w swieta, nie chce rozmawiac przez telefon. Za to powaznie zastanawia sie nad wczesniejszym powrotem do szpitala. W domu ma zbyt nerwowa atmosfere.

Wczoraj dlugo rozmawialam z C. Wraz z wiadomoscia, ze siostra traci czucie w nodze, zalamal sie. Zeby przespal w miare spokojnie noc namowilam Go na wizyre u lekarza i wziecie zastrzyku uspakajajacego. Lazilam po korytarzu zerkajac, czy dotrzyma obietnicy. Udalo sie. Pozniej kontynuowalismy nasza rozmowe.

Dzisiaj, na szczescie, jest juz lepiej. Po zdjeciu opatrunku okazalo sie, ze obrzek nogi spowodowal ucisk na nerw. Po oczyszczeniu rany pozostawiono ja bez opatrunku i na wyciagu. Czucie wrocilo. Calkiem mozliwe takze, ze juz jutro maluch zostanie wypisany do domu.
Po tych wiadomosciach C. odzyl. A ja bylam pierwsza osoba na oddziale, z ktora podzielil sie tymi dobrymi wiadomosciami.

Koncze. Nie stac mnie dzis na nic wiecej.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.