Pocałunki zza słoików z ogórkami

Poszedłem do piwnicy po ogórki kiszone. Sąsiadują z wielką, zieloną torbą w której trzymam zbiór czarnych winylowych płyt – starzy przyjaciele na piwnicznej emeryturze. Czasem do nich zaglądam… właściwie nie wiem po co, ale się zdarza. Tym razem wpadła mi w  ręce pierwsza płyta, którą trafiła do mnie prosto z USA. Czasy były słusznie minione: komuna, w sklepach puchy, na dworze smutek i beznadzieja… Słuchałem wtedy rocka (także z Zachodu) i smutnych bardów (także ze Wschodu).
Założyłem na talerz płytę z dziwnej okładki, z nazwą która nic mi nie mówiła – moja mama która wtedy była na emigracji nie znała za dokładnie moich gustów muzycznych. 🙂 Orkiestra Ray’a Connif’a zagrała! Szeroko, tanecznie, radośnie… wiadomo było że grają dla sytych i zadowolonych. To był zgrzyt. Nie odważyłem się puścić tego kolegom, ale gdy zostawałem sam w akademiku żeniłem chleb ze smalcem (z kostki) i soloną cebulę z octem, z cukierkowym różem melodii uśmiechniętych ludzi.
Dzisiaj postanowiłem posłuchać tego po raz pierwszy po blisko trzydziestu latach. Jak zabrzmiało?
Jeśli chcesz komuś powiedzieć „Całuj, całuj mnie mocno!” (Besame, besame  mucho!) warto zejść czasem po ogórki i pogrzebać za słoikami! 🙂 Posłucham chyba sobie znowu: